#1 #2

#1 Pan Lodowego Ogrodu cz.1 – Jarosław Grzędowicz
Trochę jak Gra o tron, ale z mniejszą ilością golizny, z tym że mniej golizny oznacza więcej fabuły. Czytałam parę lat temu, teraz przypominam sobie z uwagi na kolekcję Mistrzowie Polskiej Fantastyki w której kolejne tomy są w twardej oprawie za śmieszne 15PLN

#2 Marcowe Fiołki – Philip Kerr
Mianem marcowych fiołków oznaczył Kerr tych, którzy zostali gorliwymi nazistami w marcu 1933r. Prywatny detektyw (kiedyś policjant, dziś działający na własną rękę) zostaje wynajęty do wyszukania morderców córki stalowego dziedzica Sixa jak również jej zaginionego diamentowego naszyjnika.
Nie jest to literatura faktu, dlatego z dużym przymrużeniem oka traktowałam niektóre wątki. Jak kryminał czyta się rewelacyjnie.

Reklamy

Przywiązuję się

i to dość mocno do seriali, które oglądam przy szydełkowaniu/robieniu na drutach. Morderstwa w Midsomer oglądałam dwa lata temu i ciężko przeżyłam przejście tasiemca z serialu wspaniale ukazującego otoczkę społeczną (hrabia i lord nie miał skrupułów by wyrzucić policję ze swoich włości, bo przeszkadzają w polowaniu), gdzie mordercą okazywał się ktoś zwyczajny zazdrosny o pieniądze i miłość, w serial nowoczesny, gdzie morderstwa stały się brutalne, a detektyw zaczął polegać na technikach CSI, a nie swojej dedukcji.
Gdy w któryś niedzielny poranek odkryłam na stopklatce Poirota na chwilę zapełniłam pustkę po detektywie Barnaby. Niestety, mimo że to tasiemiec – również się skończył. Wczoraj obejrzałam ostatni odcinek, Kurtynę i serio, mało brakowało bym się popłakała. Poirot stary, schorowany, ostatni raz zaprzęga swoje szare komórki do roboty by znaleźć mordercę.

Co będę oglądać teraz? Napisała: Morderstwo nie jest niestety na tyle popularny by bywać na jakimkolwiek portalu, który umożliwia obejrzenie odcinków.

Ktoś ma jakieś typy? Help Pliz.

A z zupełnie innej serialowej beczki, zaczęłam Black Mirror (który oglądali już chyba wszyscy, wnosząc po okrzykach „Jeszcze tego nie widziałaś?”). 1 odcinek zostawił mnie z wielkim „OPIERDZIU” na twarzy. Ponieważ ostatnio w pracy bywam o 6.30 – NIE PYTAJCIE O KTÓREJ WSTAJĘ – senna robię się koło 20.00 więc w tym tempie, obejrzę całość za jakieś 3-4 miesiące – bez spojlerów więc proszę.

W serii Mistrzowie polskiej fantastyki (czy jakoś tak) puszczają Pan Lodowego Ogrodu Grzędowicza. Jeśli ktoś nie czytał – polecam. Myślę, że Gra o tron nie umywa się do tej serii. No owszem, mniej golizny (przyznaję się: od lektury książki Gry trochę minęło, opinię opieram bardziej na serialu), ale cała fabuła – dosko.
1 tom za mną, 2 w trakcie.
W kolejce czeka „Stulecie detektywów” i (ponownie) „Stulecie Chirurgów”.

Luty zapowiada się interesująco.

I butelka rumu

Myślę o niej bardzo intensywnie.
Nie zaczynam od niej dnia jedynie dlatego, że po pijaku jeździć nie będę, a jak wracam do domu (i mogłabym), to się poświęcam robieniu na drutach – been there, done that – po pijaku nie warto robić szydełkiem i na drutach (wychodzą takie rzeczy że hohoho!).
Te druty to jedyny pozytyw stycznia.
Zaczęło się od tego, że (jak co roku – to było moje postanowienie noworoczne od 4 lat) postanowiłam nauczyć się na drutach. Research w internetach podał, że czapki można robić naokoło jak się ma druty na żyłce. W fastrydze pani poleciła właśnie knit-pro (mercedes wśród drutów) i wsiąkłam. To znaczy – zaczęłam robić, a po drugiej stronie (drutu) zaczęło mi się pojawiać i było to dobre. Zaczęłam komin, w międzyczasie zaczęłam i skończyłam czapkę dla Z. Teraz robię czapkę dla D. Młodsza E. też żąda czapki, no a ja to co? Zrobię wszystkim, a sobie nie?
Tylko praca mi przeszkadza w dzierganiu. No jak nic musiałabym ją rzucić by się ze wszystkim wyrobić.
Nic to. Przedziergam styczeń, luty, a później, w marcu już będzie lepiej.
Będzie, nie?

Dla mnie poniedziałek (choć wtorek)

Zapada wieczór.
Jedno dziecko już umyte, bawi się w łóżku, drugie je kolację i ogląda: „Króla Juliana”.
Ty siedzisz przed laptopem, wcinasz pełną glutenu bułkę, włączasz „columbo”,  masz szydełko w ręku i bierzesz pierwszy łyk zupełnie przypadkowego drinka (gin, tonic, sok z limonki i dwie wyciśnięte mega kwaśne mandarynki) i czujesz, że wszystko puszcza.
Dzieci może i pokasłują, ale bez dramatu. Kasa na koncie nie styka, ale blisko końca miesiąca, więc przeczekać te dwa dni i będzie znów po królewsku. Może i prognozują opady śniegu, ale po drinku słyszysz tylko „last christmas”, czujesz zapach piernika i wypierasz chlapę, zimno i wieczną ciemność.
I wiesz, że czekają cię dzisiaj tylko dobre rzeczy (wysmarowanie się pod ciepłym prysznicem pachnącym żelem, sen w świeżo zmienionej pościeli i opcjonalna lektura Zydler-Zborowskiego).
I to jest ta chwila, sekunda, gdy nie ważne że na zewnątrz listopad w całej swej kurwa okazałości, jest bowiem dobrze.